Libertarianizm/Poglądy libertarian

Z Wikibooks, biblioteki wolnych podręczników.
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Alkohol i inne używki[edytuj]

Libertarianie są na ogół zdania, że o tym, czy wolno w danym miejscu spożywać alkohol, czy też nie, powinien móc decydować jego właściciel. Sprzeciwiają się wszelkim działaniom państwa mającym na celu ograniczanie możliwości produkcji i sprzedaży alkoholu (w tym m.in. ustalanie specjalnych stref, w których można to robić, ustalanie godzin sprzedaży, wydawanie specjalnych koncesji na sprzedaż), sprzeciwia się również finansowaniu przez państwo leczenia z uzależnienia alkoholowego i narkotykowego. Uzależniony powinien leczyć się na własny koszt lub też dzięki pomocy podmiotów prywatnych (np. fundacji charytatywnych).

Bankowość[edytuj]

Libertarianizm zawiera w sobie idee wolnej bankowości. Jest za całkowicie nieregulowanym systemem finansowym bez centralnego emitenta pieniądza. Banki centralne mają ostać zlikwidowane, tak samo jak wszelkie przymusowe fundusze finansowe i publiczne instytucje nadzoru finansowego jak np.: polska Komisja Nadzoru Finansowego.Poglądy libertariańskie na temat dysponowania funduszami przez podmioty w bankach oraz całego systemu finansowego są w dużej części zbieżne z wynikami prac ekonomistów tzw. szkoły austriackiej. Ideałem libertariańskiego systemu politycznego jest wielość konkurujących ze sobą walut, najczęściej opartych na kruszcach (srebro, złoto, platyna) ale nie tylko. Swoboda walutowa dotyczy też stosowania wszelkiego rodzaju barteru czy też kryptowalut takich jak m. in.: Bitcoin czy Ethereum.

O BTC pożna poczytać m.in. na bitcointalk (po ang.) i bitcoin.pl..

Dziedziczenie[edytuj]

Większość libertarian wierzy że ludzie powinni mieć pełną swobodę określenia losu ich majątku po śmierci. Dlatego każdy stopień spadku, wydziedziczenia i obdarzenia do osób lub organizacji jest dozwolony. Są przeciwko obowiązkowym podatkom od spadków i ich dziedziczenia. Libertarianie nie mają zgody co do tego, co zrobić w przypadku braku testamentu lub umowy w przypadku śmierci, czy do ponad pośmiertnych praw własności. W przypadku umowy, umowa jest egzekwowane zgodnie z życzeniem właściciela nieruchomości. Zazwyczaj libertarianie uważają, że każda nieruchomość przy braku testamentu powinna trafić do żyjących krewnych zmarłego. Inni mówią, że jeśli nie ma woli, nieruchomość natychmiast przechodzi do stanu natury (ziemi niczyjej).

Rasa i płeć[edytuj]

Libertarianizm jest wrogiem kolektywizmu. Uważa, że system polityczny, w przeciwieństwie do osób i podmiotów prywatnych nie powinien dyskryminować ze względu na rasę, płeć cy orientację seksualną. Każdy jest indywidualnością, który w anarchii kapitalistycznej jest oceniany ze względu na to, czy narusza aksjomat nieagresji wobec innych osób i ich własności.

Ochrona zdrowia[edytuj]

Po pierwsze, trzeba się zastanowić co mamy zaoferowane na dzień dzisiejszy. W ofercie NFZ mamy tylko świadczenia z tzw. "koszyka", gdzie nie ma praktycznie żadnych nowoczesnych i eksperymentalnych terapii. Ponadto, to nie jest przypadek, że praktycznie codziennie w popularnych serwisach jesteśmy bombardowani chwytającymi za serce informacjami o akcjach zbiórki kasy na leczenie różnych ludzi; zwyczajnie państwo ich nie leczy i muszą szukać ratunku w sektorze prywatnym lub za granicą.

Po drugie, w Konstytucji jest zapisane, że każdy ma "prawo do ochrony zdrowia" i każdemu zapewnia się równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej niezależnie od ich sytuacji materialnej. Naiwny by pomyślał, że oznacza to, że idziesz do lekarza i się nieodpłatnie leczysz. Tymczasem to tak nie działa, nieodpłatne leczenie dotyczy tylko tych, którzy opłacili składki. Jak nie jesteś ubezpieczony, to ci przyślą rachunek.

Po trzecie, warto się zastanowić jak jest finansowana służba zdrowia. Otóż finansowana jest ona ... ze składek. Dokładnie tak samo jak typowe ubezpieczenie.

Jak można wyczytać w Planie finansowym NFZ na rok 2015, bezpośrednia dotacja państwa do budżetu NFZ nie przekracza 5% tego budżetu, a większość z tego i tak idzie na ratownictwo medyczne, jedyne prawdziwie dostępne dla wszystkich świadczenie w tym kraju. Z dokumentu, można wyczytać między innymi, że:

  • na chemioterapie, państwo zamierza wydać 1,4 mld zł. Daje to w przeliczeniu na obywatela jedynie 37 zł rocznie,
  • więcej niż na chemioterapie wydane zostanie na leczenie uzależnień i opiekę psychiatryczną oraz stomatologię.

Reasumując, służbę zdrowia finansujemy sami. Naiwnością byłoby sądzić, że gdyby wyeliminować zbędnego pośrednika, zwiększyć konkurencję wśród świadczeniodawców oraz liczbę świadczeniobiorców finansujących sobie samodzielnie składki (teraz jak pracujesz to płacisz również na tych, którzy nie pracują), to nagle byśmy nie byli w stanie tego robić. Umowa ubezpieczenia prywatnego rozwiązuje większość problemów (i modele takie już działają z powodzeniem na świecie, między innymi w Szwajcarii[potrzebny przypis]) a gdy ktoś z rozbitym łbem trafia do szpitala to nikt w szpitalu nie będzie najpierw sprawdzał czy ma ubezpieczenie tylko zacznie leczyć i martwić się będzie później. Być może dobrą analogią tutaj byłyby banki, które w swoich kalkulacjach zwyczajnie już na starcie uwzględniają, że z określonym % kredytów będzie problem ze spłatą, lub zwyczajnie kasa przepadnie i na wolnym rynku szpitale robiłyby pewnie tak samo.

Pierwsza, istotna różnica dla libertarian, to różnica między systemem państwowym, a prywatnym gdzie jest przymusowość. U prywaciarza nie tylko możesz zerwać, bo coś Ci nie pasuje w jego ofercie, ale także negocjować. W państwowym systemie nie dość ,że płacisz za coś co ci nie jest do niczego potrzebne, to nie masz wpływu na to jakie choroby będą refundowane, a nawet możesz się spodziewać nagłego wypisania Twojej jednostki chorobowej z tej listy.

opodatkowanie[edytuj]

Minarchizm[edytuj]

Libertarianie sprzeciwiają się odpowiedzialności karnej za niepłacenie podatków. Uważa również, że egzekucja podatków nie powinna być w jakikolwiek sposób uprzywilejowana w stosunku do egzekucji należności wynikających z prawa cywilnego. W szczególności ciężar dowodu powinien spoczywać na państwie a egzekucja nie powinna odbywać się w trybie administracyjnym. Policja skarbowa i wywiad skarbowy powinny zostać rozwiązane. Zdaniem każdy mieszkaniec Polski powinien mieć prawo do zdeklarowania się jako osoba pozostająca poza systemem podatkowym – od takiej osoby podatki nie mogłyby być przymusowo ściągane, państwo mogłoby jedynie odmówić jej finansowanych z nich usług lub uzależnić świadczenie jej tych usług od wnoszenia opłat. Możliwość takiego wyboru byłaby rodzajem wentylu bezpieczeństwa, umożliwiającego rynkową kontrolę podatkowej polityki państwa. Opowiadają się za tym, by podatki były jak najniższe, a procedury ich obliczania, płacenia i kontroli jak najprostsze.

Anarchokapitalizm[edytuj]

Dla prawdziwych wolnorynkowców, podatek to kradzież czyjejś pracy i ta forma płatności powinna zostać całkowicie zniesiona. Dzięki czemu płace wzrosną, a koszt spadnie.

Edukacja[edytuj]

Podstawowym powodem, dla którego libertarianie sprzeciwiają się państwowemu szkolnictwu, jest fakt, że opiera się ono na przemocy. Przemoc państwa objawia się tu w trojaki sposób: (1) państwowe szkoły finansowane są za pomocą pieniędzy, które zrabowane zostały jednostkom w postaci podatków, (2) państwo, wprowadzając przymus szkolny, zmusza dzieci do partycypowania w państwowym systemie szkolnictwa, (3) państwo rości sobie prawo do kontrolowania, czego i w jaki sposób dzieci uczą się zarówno w państwowych, jak i w prywatnych szkołach. Państwowy system szkolnictwa opiera się więc na trzech podstawowych formach agresji: jest utrzymywany z rozboju, jest oparty na niewolnictwie i, wreszcie, jego celem jest kontrola umysłów dzieci. Jeśli zło da się stopniować, system ten zaliczyć można do największych zbrodni, jakich dopuszcza się państwo.

Konieczność przejścia od państwowej produkcji edukacji do ładu wolnościowego, w którym byłaby ona produkowana prywatnie, motywowana jest więc względami moralnymi, nie sposób jednak nie zauważyć, że efektem tego przejścia byłoby również radykalne polepszenie jakości edukacji. Przymus rzadko kiedy korzystny jest dla osoby przymuszanej. Oddanie państwu monopolistycznej władzy nad edukacją całkowicie eliminuje ekonomiczne zachęty, by edukację tę produkować w zgodzie z potrzebami jednostek, uniemożliwia efektywne przekazanie informacji o potrzebach edukacyjnych konkretnych. Efektem obu tych zjawisk jest dramatycznie niska jakość państwowej edukacji. Prywatna edukacja byłaby więc nie tylko bardziej moralna, ale byłaby również bardziej efektywna – w doskonalszy sposób odpowiadałaby na potrzeby jednostek.

Jaki jest cel edukacji? Zanim porównamy państwową i prywatną produkcję edukacji, zastanówmy się, czym tak naprawdę jest edukacja. Przez kilkanaście pierwszych lat swojego życia ludzie są istotami niesamodzielnymi i wymagają opieki, której dostarczają im tradycyjnie rodzice. Wyróżnić możemy zasadniczo trzy (powiązane ze sobą, a jednak dystynktywne) funkcje tej opieki: (a) rodzice starają się zapewnić swym dzieciom zasoby, które potrzebne są im do przeżycia (pożywienie, schronienie), (b) rodzice dbają o właściwy – fizyczny, psychiczny, moralny, kulturowy i intelektualny – rozwój dzieci, (c) rodzice przygotowują dzieci do samodzielnego życia w społeczeństwie. Dbałość o rozwój dziecka i przygotowywanie go do samodzielności realizowane mogą być w sposób intuicyjny (jak miało to miejsce w czasach pierwotnych i jak ma to miejsce u zwierząt), ale mogą również stać się częścią bardziej racjonalnego, intelektualnie opracowanego projektu. Projekt ten określić możemy właśnie mianem edukacji. Edukację (mówimy w tym momencie o edukacji niższej, organizowanej i nadzorowanej przez opiekunów dziecka) zdefiniować można więc jako programowe działania, których celem jest stymulacja właściwego rozwoju dziecka i przygotowanie go do samodzielnego życia w społeczeństwie. Tak rozumiana edukacja realizowana może być przez rodziców (czy opiekunów) dziecka lub zlecona innym osobom czy instytucjom.

Heterogeniczność edukacji Zdefiniowawszy edukację, zauważmy od razu, iż jest ona dobrem radykalnie heterogenicznym. Różne osoby – różne dzieci – mają różne potrzeby edukacyjne. W istocie, edukacja jest jednym z najbardziej heterogenicznych dóbr, jakie istnieją – zaspokojenie potrzeb konsumentów na tym obszarze wymaga o wiele silniejszego zróżnicowania produktów niż ma to miejsce w przypadku innych dóbr (prawdopodobnie tylko kultura przewyższa edukację w tym względzie). Różnice te związane są z: – wrodzonymi zdolnościami czy predyspozycjami dziecka, – kształtującymi się, zmieniającymi i krystalizującymi się zainteresowaniami, upodobaniami, idiosynkrazjami dziecka, – charakterem czy osobowością dziecka, – etapem rozwoju, na którym znajduje się dziecko (ów rozwój u różnych dzieci przebiega w różnym tempie, co więcej, przebiega on z różną szybkością na różnych obszarach), – psychologiczno-emocjonalną sytuacją, w której w danym momencie znajduje się dziecko, – sytuacją w społeczeństwie, do życia w którym przygotowywane jest dziecko, – subiektywnymi przekonaniami rodziców, czego powinno uczyć się dziecko.

Zauważmy, że różnice te nie są w łatwy sposób identyfikowalne – muszą one zostać za każdym razem odkryte, często metodą prób i błędów – i równocześnie mają one charakter dynamiczny – mogą się bezustannie zmieniać (muszą więc być odkrywane wciąż na nowo). Przykładowo, zdolności i predyspozycji dziecka nie da się jednorazowo określić, gdyż będą się one objawiać stopniowo, w różnych momentach życia. Co więcej, mimo posiadania „obiektywnych” predyspozycji dziecko może mieć własne przekonania dotyczące tego, co chciałoby robić i co sprawia mu przyjemność, przekonanie, które powinny być uwzględniane przy wyborze treści i metod edukacyjnych (nawet gdy dziecko posiada zdolności w jakimś zakresie, może nie chcieć ich w danym momencie rozwijać, do czego zmuszanie owocować może zniechęceniem do danego obszaru wiedzy).

Edukacja powinna być dostosowana do potrzeba konkretnych dzieci Zróżnicowanie potrzeb edukacyjnych posiadałoby odwzorowanie w zróżnicowaniu produktów edukacyjnych. Producenci edukacji muszą określić więc: – Czy edukacja jest w ogóle potrzebna konkretnemu dziecku, czy lepiej rozwijałoby się ono, gdyby nie było skłaniane do nauki, ale np. pozwolono mu bawić się bądź samemu decydować, czy chce się uczyć, pomagać rodzicom w pracy itd.? To fundamentalne pytanie prawie nigdy nie pojawia się w edukacyjnym dyskursie (teorie popierające ideę unschoolingu funkcjonują na marginesie tego dyskursu). – Jaka forma edukacji jest najbardziej dostosowana do potrzeb danego dziecka: czy powinno ono chodzić do szkoły, być uczone w domu, korzystać ze społecznych metod edukacji, czy łączyć te różne metody nauki itd.? – Jakich przedmiotów powinno uczyć się dane dziecko? Czy edukacja powinna być podzielona na przedmioty? W jaki sposób? W jakim momencie zaczynać powinny się dane przedmioty? – Jak długo trwać powinny lekcje, by zoptymalizować przyswajanie wiedzy przez konkretne dziecko? Zwróćmy uwagę na absurd udzielania jednej odpowiedzi na to pytanie, która następnie narzucana jest wszystkim dzieciom i zauważmy, że różne przedmioty mogłyby być nauczane na lekcjach o różnej długości. – W jakich godzinach dane dziecko powinno uczyć się jakich przedmiotów? Jak rozplanowany powinien być jego dzień? – Jak wiele dzieci powinno znajdować się w klasie, by konkretne dziecko czuło się w niej najlepiej? – Czy dane dziecko powinno być przypisane do konkretnej klasy? – Czy dane dziecko powinno uczyć się z innymi dziećmi w tym samym wieku, czy raczej z dziećmi, które są na podobnym poziomie co one? Czy w ogóle istnieć powinny klasy? – Czy konkretne dziecko powinno uczyć się tego, co idzie mu najlepiej, czy powinno skupiać się na nadrabiać „zaległości” z innych przedmiotów? – Czy wiedza danego dziecka powinna być sprawdzana i oceniana? Jak często? W jaki sposób? – Czy dane dziecko powinno być karane bądź nagradzane za postępy w nauce (lub ich braki)? – W jakim zakresie dane dziecko powinno partycypować w ustalaniu treści nauczania? Czy powinniśmy pytać dane dziecko, czego chce się uczyć? Zauważmy, że w obecnym systemie dzieci są praktycznie całkowicie ubezwłasnowolnione, są one przedmiotami, a nie podmiotami edukacji. – Jakie relacje konkretne dziecko powinno nawiązywać z nauczycielem (partnerstwa, posłuszeństwa)? Czy w ogóle powinien istnieć ktoś taki, jak nauczyciel? – Czy i jak wiele prac dane dziecko powinno wykonywać w domu?

Wyliczenie to można by ciągnąć jeszcze długo, jego sens jest już jednak, jak sądzę, dla większości osób jasny – możliwość różnicowania produktu, jakim jest edukacja konkretnego dziecka, jest praktycznie nieskończona. W wyliczeniu tym w irytujący być może dla czytelnika sposób powtarzałem słowa „dane” czy „konkretne dziecko”. Jest jednak absolutnie fundamentalne, by zrozumieć, że celem naszych projektów edukacyjnych jest odnalezienie produktu, który odpowiadałby na potrzeby konkretnego dziecka, nie zaś próba zaprojektowania systemu, który byłby odpowiedni dla wszystkich dzieci. Idealny system edukacji to taki, który oferowałby każdemu dziecku produkt edukacyjny maksymalnie dostosowany do jego indywidualnych potrzeb. Oczywiście stworzenie takiego idealnego produktu nie jest możliwe (nasze zasoby, jak i nasza wiedza są ograniczone), niemniej jednak celem produkcji edukacji winna być próba zbliżenia się – najbardziej jak jest to możliwe – w każdym jednostkowym przypadku do tego ideału. Ktoś może powiedzieć, że jest czymś dziwacznym twierdzić, że każde dziecko powinno być edukowane w sposób uszyty na miarę jego potrzeb. Czy żądając tego, nie żądamy czegoś niemożliwego? Ale dlaczego dążenie do ideału zindywidualizowanej edukacji miałoby być czymś dziwnym? Ostatecznie, nie dziwi nas, że na rynku możemy nabyć najbardziej zróżnicowane i dzięki temu dostosowane do naszych gustów produkty spożywcze. Nie dziwi nas fakt, że istnieją miliony wzorów ubrań, z których wybrać możemy te idealnie wpasowujące się w nasz gust. Nie dziwi nas fakt, że pojawiają się na nim urządzenia, z istnienia których jeszcze wczoraj nie zdawaliśmy sobie sprawy, a które dziś wydają nam się niezbędne. Dlaczego więc nie mielibyśmy żądać od producentów edukacji, by dali naszym dzieciom to, czego one najbardziej potrzebują? Czyż nie jest oczywiste, że taka różnorodność jest niezwykle pożądana w produkcji dobra tak fundamentalnego jak edukacja naszych dzieci? I czy nie jest jeszcze bardziej oczywiste, że rozwiązanie państwowe – jeden produkt edukacyjny narzucony całej społeczności – jest w istocie rozwiązaniem nie tylko totalitarnym, ale i szaleńczym?

Wszystko to oznacza, że nie wiemy, w jaki sposób wyglądać powinna edukacja konkretnego dziecka, odpowiedź na to pytanie musimy za każdym razem dopiero odkryć. Zapytajmy więc, w jaki sposób problem znalezienia kształtu edukacji dopasowanego do potrzeb dziecka rozwiązywany jest przez państwo, w jaki sposób rozwiązywany byłby on w ładzie wolnościowym?

Państwowa produkcja edukacji Spróbujmy przyjrzeć się, w jaki sposób państwo rozwiązuje problem produkcji edukacji. Na początku państwo obrabowuje jednostki i, po przejęciu dużej ich części, wykorzystuje zrabowane zasoby, by sfinansować system szkolnictwa. Wprowadzając obowiązek szkolny i odbierając obywatelom pieniądze, które mogliby przeznaczyć na prywatną edukację, państwo zmusza olbrzymią większość dzieci do uczęszczania do państwowych szkół. Teoretycznie istnieje możliwość, by uczyć dzieci w szkołach prywatnych. Jednak ponieważ fakt posłania dziecka do szkoły prywatnej nie zwalnia nas z konieczności finansowania szkolnictwa państwowego (nie otrzymamy zwrotu zrabowanego podatku), tylko niewielki procent najbogatszych posiada środki, by skorzystać z prywatnej edukacji, za którą płacić trzeba podwójnie (raz w podatkach, drugi raz, płacąc czesne). Możliwość funkcjonowania niewielkiego obszaru prywatnego szkolnictwa i jego wydolność jest wydatnie ograniczona faktem, iż szkoły prywatne zmuszone są działać w zgodzie z państwowym programem, co w znaczącym stopniu niweluje zalety prywatnego szkolnictwa (prywatna jest więc sama placówka, ale nie treść edukacji). Co więcej, jak zobaczymy, wydajność prywatnego systemu szkolnictwa jest w wyraźny sposób powiązana z ilością prywatnych podmiotów produkujących edukację (jeśli tylko mała część szkół jest prywatna, zalety tego systemu są radykalnie ograniczone). Oznacza to, że państwo posiada praktyczny monopol na produkcję edukacji niższej.

Państwowy monopol sprawia, że jednostki nie mają wpływu na to, jaki kształt ma edukacja. Jeżeli treść, sposób lub jakość nauczania nie odpowiada rodzicom, nie mogą oni wycofać swych pieniędzy z systemu i użyć ich, by opłacić szkołę, która działa w lepszy sposób. Tym sposobem tracą oni jakikolwiek wpływ na treść i metody nauczania. Zarówno treść, jak i metody te narzucane są odgórnie przez państwowych urzędników. Fakt, iż edukacja nie jest produkowana przez konkurujące ze sobą na wolnym rynku podmioty, które zabiegać muszą o względy klienta, posiada więc dwie kluczowe konsekwencje: (1) podmioty produkujące edukację nie mają żadnej ekonomicznej zachęty, by produkować produkt o wysokiej jakości/niskiej cenie – a to oznacza, że produkt ten będzie cechował się niską jakością i wysoką ceną, (2) nie istnieje mechanizm, za pomocą którego klienci (rodzice, dzieci) mogą poinformować o swoich potrzebach i, zagrażając wycofaniem swoich wpłat, skłonić producentów do odpowiedzi na te potrzeby – a to oznacza, że produkt ten będzie całkowicie niedopasowany do potrzeb konsumentów. Zwolnione z konieczności dbania o jakość produktu i nieposiadające informacji ze strony konsumentów państwo jest całkowicie obojętne na potrzeby konsumentów, czego efektem jest dramatycznie niski poziom edukacji państwowej. Najłatwiej widzialną manifestacją tej katastrofalnie niskiej jakości jest fakt, że w jej ramach wszystkim uczniom proponuje się ten sam zestandaryzowany, homogeniczny produkt (wewnątrz systemu państwowej edukacji istnieje oczywiście pewne zróżnicowanie – całkowita homogenizacja nie jest zresztą możliwa ze względów technicznych – jednakże to zróżnicowanie jest kilka rzędów wielkości mniejsze niż miałoby to miejsce w ładzie opartym na prywatnej produkcji). A ponieważ potrzeby każdego dziecka są radykalnie inne, edukacja państwowa w każdym wypadku jest albo w bardzo dużym stopniu, albo całkowicie niedostosowana do potrzeb edukacyjnych konkretnych dzieci. Na części swych obszarów edukacja państwowa jest bardzo ubogą wersją edukacji, która istniałaby na wolnym rynku, na innych obszarach – czymś szkodliwym, co nie tylko nie wspomaga rozwoju dzieci, ale również ów rozwój hamuje. Tam, gdzie produkt oferowany przez państwo zgodny jest z potrzebami dzieci, edukacja państwowa charakteryzuje się o wiele niższą jakością niż miałoby to miejsce w systemie rynkowym (przykładowo, państwo potrafi nauczyć dzieci pisać, czytać i liczyć, ale uczy je tego całkowicie nieefektywnie, ignorując jednostkowe cechy konkretnych dzieci, do których dostosowane powinny być treści i metody edukacji). Na pozostałej, przeważającej, części swoich obszarów edukacji państwo zmusza dzieci do partycypowania w działaniach, których nigdy by one (lub ich rodzice) nie wybrały, gdyby pozostawiono im możliwość wyboru, gdyż nie tylko nie maksymalizują one efektywności nauki, ale mają także destrukcyjny wpływ na ich rozwój. W kontekście nieefektywności przekazywania wiedzy problem polega na tym, że państwowa szkoła uczy nie tego, co trzeba, nie wtedy, kiedy trzeba i nie w sposób, w jaki uczyć powinna – ignoruje bowiem potrzeby poszczególnych jednostek. Opuszczające szkołę dzieci wiedzą bardzo mało, dodatkowo, ich wiedza jest zazwyczaj całkowicie niedostosowana do ich potrzeb i do ich dalszej życiowej drogi – czas spędzony w szkole jest więc w dużej mierze czasem całkowicie zmarnowanym.

Destrukcyjny wpływ państwowej szkoły na rozwój dzieci Ale, co gorsza, szkoła nie tylko nie uczy, ale również hamuje rozwój dzieci. W państwowej szkole: – Dzieci zmuszane są do działania wbrew swym instynktom, potrzebom i emocjom. Dzieci ruchliwe zmuszane są do siedzenia w ławkach, dzieci lubiące mówić – do milczenia, dzieci milczące – do mówienia, wstydliwe – do publicznego występowania itd. Dzieciom zabrania się wyrażać ich poglądy i uczucia oraz reagować spontanicznie na różnego rodzaju bodźce. – Dzieci zmuszane są do podejmowania działań, których nie chcą podejmować, a które często bądź ich nie interesują, bądź są dla nich zbyt trudne – efektem jest uczucie nudy, zniechęcenia i frustracji (bardzo często dzieci zniechęcają się do zagadnień, przedmiotów, sposobów nauki, które mogłyby polubić i zaakceptować, gdyby były one im przedstawiane w inny sposób. – Dzieci poddawane są bezustannym ocenom, zarówno przez nauczycieli, jak i przez inne dzieci (efektem jest bardzo często pojawianie się kompleksów, chęci górowania nad innymi, patrzenia na samego siebie przez pryzmat ocen innych, zamykanie się w sobie, poczucie wstydu i osaczenia). – Dzieci zmuszane są do rywalizowania z innymi dziećmi i do spełniania oczekiwań nauczycieli. – Dzieci są zmuszane do przebywania z osobami (dziećmi, nauczycielami), z którymi nie chcą przebywać i których unikałyby, gdyby miały taką możliwość. Jest to jeden z czynników, który w najsilniejszy sposób wpływa na pojawianie się przemocy (także językowej) we współczesnej szkole. Podstawową metodą chronienia się przed przemocą, oprócz samoobrony, jest możliwość unikania – dyskryminowania – osób, które stosują przemoc. W wolnym społeczeństwie osoby nieinicjujące przemocy unikają agresorów w wyniku czego wytwarza się wokół nich społeczna pustka, która powoduje, że osoby te, chcąc wrócić do świata relacji społecznych, muszą zmienić swoje zachowanie. Jednak przymusowe przebywanie na obszarze, na którym przebywają inni, uniemożliwia taką dyskryminację agresorów, czego efektem jest eskalacja przemocy. Część dzieci w szkole jest więc (na każdy możliwy sposób) prześladowana przez swoich rówieśników. – Dzieci są zmuszane do bezustannego przebywania wśród innych, przez co tracą prawo do przebywania w samotności. Samotność jest jednym z najważniejszych elementów rozwoju jednostki, jest również fundamentem indywidualizmu. – Dzieci zmuszane są do bezmyślnego posłuszeństwa względem osób, które nie wyrobiły sobie względem nich autorytetu i których dzieci te nie obdarzyły miłością. Osoby te bardzo często – ze względu na proces negatywnej selekcji, który jest typowy dla instytucji państwowych – nie posiadają odpowiednich kompetencji (merytorycznych, psychologicznych i moralnych) do wykonywania swego zawodu, co ma jeszcze bardziej destruktywny wpływ na dzieci – miast słuchać naturalnych autorytetów, zmuszone są one do uległości autorytetom fałszywym (opartych na władzy). – Dzieci nie są pytane o zdanie odnośnie tego, czego i jak chciałyby być uczone. To i poprzednie zjawisko ma znaczenie fundamentalne – zmuszanie do uległości i niemożność przedstawienia swoich potrzeb i odczuć powodują, że dzieci przestają być podmiotem, a stają się przedmiotem działań edukacyjnych. Posiada to dramatyczne konsekwencje dla rozwoju osobowości dzieci, które opuszczają szkołę z głęboko zakodowanym przekonaniem braku wpływu na otaczającą rzeczywistość i swój los. Wyprodukowani przez państwową szkołę obywatele (tym bowiem jest szkoła – fabryką obywateli państwa) stają się przedmiotem, a nie podmiotem historii czy procesów społecznych. – W dzieciach, które buntują się przeciw łamaniu ich prawa do wolności i ekspresji wytwarzane jest poczucie winy – są one napiętnowywane jako ci, którzy nie chcą żyć zgodnie z przyjętymi zasadami społecznymi (w procesie tym biorą udział rodzice, którzy w sytuacjach taki – bojąc się utraty praw do opieki nad dzieckiem – stają po stronie szkoły, stając się jej wspólnikami). – Dzieci nie mogą rozwiązywać swoich problemów samodzielnie (np. przez negocjacje czy dysasocjację), ale zmuszane są do podporządkowywania się rozwiązaniom wychowawców, co obniża ich umiejętności społeczne. – Dzieci są zmuszane do przebywania w otoczeniu, które może budzić ich niepokój, nie mają prawa do organizowania swojej przestrzeni. Wszystkie te zjawiska (listę tę można by jeszcze długo ciągnąć) mogłyby być wyeliminowane w prywatnym systemie szkolnictwa. Zadaniem prywatnych producentów byłoby bowiem znalezienie takich form edukacji, które maksymalizują efektywność nauki i minimalizują zarazem pojawianie się tego typu – destruktywnych dla dzieci – zjawisk. Jednak ze względu na brak zachęt ekonomicznych, brak kontroli rodziców nad kształtem edukacji i propagandowy cel edukacji niższej zjawiska te są w państwowych szkołach wszechobecne.

Prywatna produkcja edukacji Jak wskazywałem, produkt, jakim jest edukacja, może przybierać praktycznie nieskończenie zróżnicowane kształty. Zróżnicowanie to jest konieczne, by odpowiedzieć na zróżnicowanie potrzeb edukacyjnych konkretnych dzieci. Spróbujmy pokazać, w jaki sposób ów proces projektowania maksymalnie dopasowanego do potrzeb konsumentów produktu wyglądałby na wolnym rynku: (1) W ładzie libertariańskim edukacja byłaby produkowana przez wielu, działających niezależnie producentów. (2) Producenci ci nie byliby zobowiązani, by produkować edukację w określony sposób, oferowany przez nich produkt mógłby być maksymalnie zróżnicowany. Każdy z producentów produkowałby edukację w inny sposób, próbując utrafić w potrzeby konsumentów. (3) Początkowo rodzice nie posiadaliby wiedzy na temat tego, w jaki sposób edukowane powinny być ich dzieci. Posiadaliby jednak wiedzę na temat tego, jakie efekty edukacji chcą osiągnąć. Producenci oferowaliby różne produkty edukacyjne, z których rodzice wybieraliby te, o których myśleliby, że najlepiej realizować będą ich cele – rodzice posyłaliby więc dzieci do tych szkół, których programy uznawaliby za najbardziej obiecujące i które żądałyby za swe usługi najniższych cen. (4) Po jakimś czasie rodzice mogliby ocenić trafność wybranych przez siebie programów i metod nauczania w porównaniu z programami i metodami realizowanymi w innych szkołach (jest to kwestia kluczowa, gdyż w ładzie państwowym nie ma możliwości porównywania różnych produktów edukacyjnych). Dzieci uczące się w szkołach, które wybrały lepszy program i lepiej potrafią go zrealizować, miałyby znacząco lepsze wyniki od dzieci ze słabszych szkół. Ocenie podlegałyby jednak nie tylko całe szkoły, ale przede wszystkim programy, metody dydaktyczne (dotyczące np. konkretnych przedmiotów czy pracy z konkretnym typem dzieci), rozwiązania technologiczne czy wreszcie konkretni nauczyciele. Jeśli w jednej szkole lepiej uczyłoby się matematyki, w innej – polskiego, rodzice żądaliby, by ich szkoła łączyła ze sobą te najlepsze metody. Procesowi ewaluacji podlegałby w dłuższym trwaniu oddzielnie każdy element systemu edukacji. (5) Rodzice, którzy posłali dzieci do szkół, które działały nieoptymalnie, albo przenieśliby dzieci do szkół lepszych, albo żądaliby zmiany metod nauczania i naśladowania rozwiązań, które sprawdziły się w innych szkołach. (6) Ponieważ rodzice mogliby wycofać decyzję o finansowaniu szkoły, która wykorzystuje nieefektywne programy/metody, producenci edukacji musieliby adaptować najlepsze programy/metody, by nie stracić klientów. (7) Po pewnym czasie najlepsze metody nauczania rozpowszechniłyby się na całym obszarze, na którym obowiązywałby ten system. (8) Ponieważ w wyniku rozpowszechnienia efektywnych metod, przewaga rynkowa najlepszych producentów zmalałaby, zmuszeni byliby oni zaproponować kolejne innowacje, które pozwoliłyby im zmaksymalizować zyski. Innymi słowy, proces szukania najlepszych metod edukacji miałby charakter ciągły. (9) W dłuższym trwaniu zróżnicowanie szkół, metod uczenia i programów stawałoby się coraz bardziej dostosowane do potrzeb dzieci, konkurencja zaś wymagałaby, by ceny były możliwie najniższe. Podkreślmy, że ów trwały proces udoskonalania edukacji nie dotyczyłby edukacji jako takiej, ale edukacji dostosowanej do potrzeb konkretnych dzieci, co odbywałoby się poprzez łącznie różnego rodzaju metod i podejść. Celem tego procesu nie byłoby tworzenie szkół z najlepszymi programami edukacyjnymi, ale tworzenie szkół z najlepszymi programami edukacyjnymi dla konkretnych dzieci.

Rozwiązanie państwowe vs rozwiązanie prywatne W tym momencie różnica między państwową a prywatną produkcją edukacji wydawać winna się wyraźna. W systemie państwowym istnieje tylko jeden producent, który zmusza wszystkie podmioty do kupowania tego samego, zestandaryzowanego, homogenicznego i w efekcie niedopasowanego w żaden sposób do potrzeb konkretnych jednostek produktu. W system ten nie jest wpisana żadna ekonomiczna zachęta, by producent dbał o wysoką jakość/niską cenę produktu, zaś konsumenci nie mają możliwości poinformowania o swoich potrzebach. Szaleństwo tej metody produkcji edukacji jest tak jaskrawe, że bronić można jej jedynie z pozycji skrajnie ideologicznych (o teoriach, za pomocą których uzasadnia się konieczność istnienia państwowej edukacji, powiem w następnych wpisach). Zgoła odmiennie wyglądałaby sytuacja w ładzie prywatnym. Każdy z producentów produkowałby edukację w inny sposób, wykorzystując lokalną wiedzę, która jest dostępna tylko dla niego, a której nigdy nie będzie w stanie zdobyć – i nie będzie miał powodu, by próbować zdobyć – centralny planista (jak wskazuje Hayek, olbrzymia część wiedzy, która wykorzystywana jest na rynku, istnieje w rozproszeniu i ma charakter niedyskursywny, przez co nie może być zebrana i wykorzystana w procesie centralnego planowania). Mielibyśmy więc do czynienia z daleko posuniętą pluralizacją produkcji. Jest to kwestia kluczowa dla zrozumienia działania wolnego rynku. Nie chodzi tylko o to, że na wolnym rynku producenci konkurują ze sobą (produkując ten sam produkt taniej), chodzi o to, że dane dobro produkowane jest przez różne osoby, na różne sposoby, z wykorzystaniem różnego rodzaju metod produkcji, co powoduje, że konsument wybiera między tysiącami wersji tego samego dobra (w istocie – nie tego samego), mogąc dopasować je do swoich potrzeb. Im bardziej heterogeniczne dobro, tym bardziej spluralizowana musi być jego produkcja, by możliwym stało się utrafienie w specyficzne potrzeby jednostki. Wysiłki producentów byłyby następnie oceniane przez konsumentów – jeśli okazałoby się, że ich propozycje trafiają w potrzeby edukacyjne konkretnych dzieci, produkowane przez nich formy edukacji przetrwałby na rynku, jeśli nie przynosiłby one oczekiwanych rezultatów (dzieci nie rozwijałyby się tak szybko, jak mogłyby), zostałby wyeliminowany z rynku. Następnym po pluralizacji zjawiskiem typowym dla prywatnej produkcji jest więc ewaluacja, a więc fakt, że konsumenci mogą ocenić towary oferowane im przez producentów, nagradzając tych, którzy odpowiadają na ich potrzeby i nie wspierając tych, którzy w te potrzeby nie potrafią utrafić. Zjawisko konkurencji (fakt iż istnieje wielu producentów i konsumenci wspierać będą tylko tych najlepszych) powoduje, że producenci muszą starać się utrafić w te potrzeby. Jeśli istnieje tylko jeden producent danego dobra, nie musi on specjalnie dbać cenę/jakość tego dobra. Jeżeli jednak producentów jest wielu, obniżanie jakości/zawyżanie ceny grozić będzie bankructwem. Producenci, których dobra ocenione zostały nisko, wobec lęku przed utratą zysków muszą zmienić swój produkt, dostosowując się do potrzeb konsumentów, a zrobić mogą to poprzez emulację – naśladowanie tych rozwiązań konkurencji, które zyskały uznanie klientów. Oznacza to, że te rozwiązania edukacyjne, które okazałyby się najbardziej skuteczne, byłyby kopiowane i wkrótce stałyby się standardową metodą osiągania określonych celów edukacyjnych. Ponieważ proces emulacji powodowałby, że przewaga rynkowa tych, którzy stworzyliby najlepsze produkty, topniałaby, by zmkasymalizować zyski, będą oni musieli stworzyć kolejne innowacje, które dadzą im przewagę na rynku. Ponieważ innowacje byłyby kopiowane przez innych uczestników rynku, proces tworzenia udoskonaleń (nowych produktów edukacyjnych) miałby charakter ciągły – na obszarze prywatnej produkcji edukacji mielibyśmy do czynienia z bezustannymi innowacjami (tak jak dzieje się to aktualnie na obszarze produkcji np. komputerów). Ład wolnorynkowy opiera się więc na złożonym, a równocześnie działającym w sposób samorzutny, procesie, który obejmuje pluralizację – konkurencję – ewaluację – emulację, a którego efektem jest bezustanna innowacyjność. Jest niezwykle ważne, by rozumieć, że żaden pojedynczy producent nie jest w stanie samemu odtworzyć tego procesu, jest on wspólnym, koordynowanym przez rynek system cen wysiłkiem, który działa (ceteris paribus) tym sprawniej, im więcej podmiotów partycypuje w produkcji danego dobra. Należy również pamiętać, że procesowi pluralizacji – konkurencji – ewaluacji – emulacji poddane zostałyby nie tylko programy czy metody nauczania, ale każdy, pojedynczy element edukacji: długość lekcji i przerw, układ lekcji, rodzaje przedmiotów, liczba dzieci w klasie, problem, czy dzieci w ogóle powinny być przypisane do klasy, ilość i rodzaje testów czy sprawdzianów, ilość zadań domowych, pomoce szkolne, konieczne wykształcenie nauczycieli, współpraca z rodzicami itd. Efektem prywatyzacji edukacji byłby więc jej niesamowity rozwój.

Wyobraźmy sobie, że ktoś proponowałby, by taką – państwową – metodę produkcji zastosować do innych niż edukacja dóbr, na przykład do produkcji żywności. Wyobraźmy sobie, że od jutra żywność nie byłaby produkowana przez prywatnych producentów i konsumenci nie mieliby prawa kupować tych produktów żywnościowych, które im odpowiadają (by wykorzystywać je do przygotowywania posiłków), ale musieliby – pod groźbą wtrącenia do więzienia – stołować się w państwowych stołówkach, w których otrzymywaliby ten sam, standardowy, skomponowany przez państwo posiłek. Konieczność spożywania tego posiłku byłaby niezależna od kulinarnych gustów, nastroju, odczuwania apetytu, alergii, zapotrzebowania kalorycznego czy sytuacji zdrowotnej jednostek. Co więcej, ponieważ konsumenci nie mogliby odmówić spożywania tych posiłków, nie tylko nie byłyby one dopasowane do potrzeb jednostek, ale cechowałyby się również dramatycznie niską jakością i wysoką ceną (nie istniałaby bowiem żadna zachęta ekonomiczna, by zwiększać jakość i obniżać cenę). Jeśli taki model produkcji żywności wydaje nam się absurdalny, dlaczego absurdalnym nie wydaje nam się państwowy model produkcji edukacji?

Fundamentem państwowych szkół jest przemoc, która przejawia się przez podatkową grabież, niewolenie jednostek za pomocą obowiązku szkolnego, kontrolę nad treściami nauczania oraz wykorzystywanie edukacji jako narzędzia propagandy. Na fundamencie przemocy nie można jednak zbudować żadnych prawdziwych wartości. Nic więc dziwnego, że państwowa szkoła nie działa tak, jak byśmy chcieli – jest całkowicie nieefektywna w przekazywaniu wiedzy i posiada destruktywny wpływ na rozwój dzieci. Jest ona więzieniem, fabryką, w której nieskończenie zróżnicowane jednostki transformuje się w bierną, posłuszną, pozbawioną wyobraźni i zdolności krytycznego myślenia masę, która zająć ma wyznaczone jej przez władzę miejsce w społeczeństwie.

Konkordat[edytuj]

Jakiekolwiek represje ze strony państwa lub instytucji publicznych związane z wyznawanym światopoglądem są niedopuszczalne. Przyjęta wiara bądź filozofia życiowa jest znaczącym składnikiem wyznawanego światopoglądu i jest prywatną sprawą każdego człowieka. Wolność wyznania obejmuje prawo do publicznego uzewnętrzniania swojego wyznania bądź bezwyznaniowości. Libertarianie opowiadają się za nieskrępowaną możliwością tworzenia kościołów i organizacji religijnych. Zabronione będą jedynie czynności zagrażające życiu, zdrowiu lub wolności osób uczestniczących w nich i niewyrażających na to zgody.

Środowisko naturalne[edytuj]

Chciałbym, żeby wszyscy, którzy przeczytają poniższy tekst, właściwie go zrozumieli. Nie jest to tekst nawołujący do wycinania lasów ani do zabijania zwierząt. Jego przesłaniem jest natomiast chęć uświadomienia, że ludzie statystycznie rzecz biorąc nie są „święci” i że nie wyłączając funkcjonariuszy państwowych, kierują się w swej masie indywidualną korzyścią - którą zazwyczaj odczuwają przy tym inaczej niż garstka „ekomaniaków”. Propozycja rozwiązania problemu zawarta w tym tekście opiera się na założeniu, że łatwiej, mimo wszystko, zmienić system gospodarczy i polityczny, niż stworzyć Nowego Ekologicznego Człowieka. Nie jest to rozwiązanie idealne z punktu widzenia ochrony przyrody, jednak w zakresie uregulowań polityczno-prawnych jest to rozwiązanie - zdaniem osób, które je proponują - optymalne z tego punktu widzenia. Rozwiązanie to nie stoi przy tym w sprzeczności z dążeniami wielu ekologów do „zmiany świadomości społecznej” - po prostu nie obejmuje tej sfery. Pokazuje natomiast, jak można by zminimalizować straty ekologiczne przy pesymistycznym założeniu, że świadomości tej, póki co, zmienić się nie da i że większość ludzi, tak jak dotychczas, będzie powodowała się materialną chciwością… - Jacek Sierpiński (licencja CC)

Rozwiązanie problemu zanieczyszczeń[edytuj]

Wszyscy chcemy bezpiecznego, wolnego od zanieczyszczeń środowiska - i wielu z nas z nadzieją w sercach zwracało się ku rządowym ustawom i regulacjom mającym chronić nas i naszych bliskich przed horrorem zdewastowanego świata. A jednak zanieczyszczenie naszego powietrza i wody wciąż nam zagraża. W Południowej Ameryce lasy są wycinane tak szybko, że niektórzy z nas mogą dożyć widoku zniknięcia ich z Ziemi. W Afryce poluje się na zwierzęta aż do ich wytępienia. Gdzie więc zawiodła nasza strategia ochrony środowiska? Co możemy zrobić, żeby naprawić ten stan rzeczy? Największa groźba ze wszystkich:

Trujące odpady[edytuj]

Jak na ironię, największym trucicielem naszego środowiska jest sam rząd, który skierowaliśmy do jego ochrony. Największym trucicielem są siły zbrojne Stanów Zjednoczonych. Rzecznik Pentagonu, Kevin Doxey, powiedział w 1991r. Narodowej Akademii Nauk, że „znaleźliśmy około 17,400 skażonych terenów przy 1,850 urządzeniach, nie wliczając w to wcześniej używanych terenów”. „Skażenie” składa się z trujących rozpuszczalników używanych do rozmrażania samolotów wojskowych, z produktów ubocznych produkcji gazu nerwowego i musztardowego, i ze złomu radioaktywnego. W 1988r. Departament Energii oszacował, że do oczyszczenia 17 z tych miejsc potrzebne będzie 50 lat i 100 miliardów (billion) dolarów. Jak więc możemy spodziewać się po największym trucicielu wszechczasów skutecznego powstrzymania zanieczyszczeń wywoływanych przez biznes i przemysł?

Odpady radioaktywne[edytuj]

Nawet jeśli sądy uznają, że nasz rząd jest winny zabijania ludzi przez zanieczyszczenie środowiska, ofiary nie otrzymują żadnego odszkodowania. W 1984 r. sąd w Utah orzekł, że 10 z 24 wypadków raka przedłożonych mu do rozpatrzenia było spowodowanych niedbalstwem sił zbrojnych USA w związku z próbami broni nuklearnej. Sąd Apelacyjny uznał, że nawet jeśli rząd USA jest odpowiedzialny, nie musi płacić ofiarom odszkodowania. Rząd cieszy się „nietykalnością suwerena” - nie musi naprawiać swych błędów. Jak więc może funkcjonować polityka „truciciel płaci”, jeśli największy truciciel nie może być pociągnięty do odpowiedzialności?

Awarie energetyki atomowej[edytuj]

Odpowiedzialność jest kluczem do ochrony środowiska. Gdyby ten, kto zanieczyszcza nasze powietrze, ziemię i wodę był odpowiedzialny za szkodę, którą wyrządza, truciciele byliby prawdopodobnie dużo ostrożniejsi. Na przykład pod koniec lat pięćdziesiątych prywatne towarzystwa ubezpieczeniowe odmówiły ubezpieczenia zakładów energetyki jądrowej, ponieważ ogromne ryzyko związane z możliwą awarią było niedopuszczalnie wysokie. Wskutek tego spółki energetyczne przestały brać energię jądrową pod uwagę. Jednak Kongres uchwalił ustawę (Price Anderson Act) ograniczającą sumę, jakiej mogły domagać się ofiary katastrof energetyki jądrowej, do 560 mln dolarów. Z tej sumy ponad 80% pochodziłoby z podatków. Zakłady nuklearne rozmnożyły się, skoro tylko spółki energetyczne stały się zdolne do ponoszenia ograniczonej odpowiedzialności za każdą szkodę, jaką mogły spowodować. Zamiast chronić ogół, nasz rząd uchwalił prawa chroniące zyski grup specjalnego interesu.

Lasy tropikalne[edytuj]

Niestety, powyższa historia nie jest odosobnionym incydentem. Rządy wszystkich krajów przejawiają silną tendencję do wyprzedaży darów środowiska w swych krajach grupom specjalnego interesu. Dyktatorzy Trzeciego Świata rutynowo wypędzają rdzennych mieszkańców z ich leśnych domów, aby faworyci reżimu mogli wytrzebić wielkie ilości lasu. Cena takiego braku skrupułów została jaskrawo pokazana w filmie „MEDICINE MAN”, w którym Sean Connery gra naukowca szukającego leku na raka w lasach tropikalnych. Patrzy on bezradnie jak tubylcy, którzy mu pomagali, są wypędzani ze swego leśnego domu. Las, razem z lekiem na raka, zostaje zniszczony. Rząd USA często kieruje „pomoc zagraniczną” dla „pośredników władzy” (power-brookers) Trzeciego Świata płacąc za dewastację lasów. Dolary amerykańskich podatników są dosłownie puszczane z dymem podczas palenia i wycinania tropikalnych dżungli.

To naturalne[edytuj]

Zdrady takie jak te opisane wyżej, na pierwszy rzut oka wydają się trudno wyobrażalne, ale dalsza refleksja pokazuje, że są one naturalną konsekwencją politycznego zarządzania. Grupy specjalnego interesu zbijają wielkie zyski na budowaniu zakładów jądrowych tak długo, dopóki stoją w obliczu małej odpowiedzialności; wyrzucają trujące odpady, jeśli nie muszą ich uprzątać; używają radioaktywnych materiałów, jeśli nie są odpowiedzialne za konsekwencje; wycinają lasy, za które nie muszą płacić. Gdy oferują one rządowym urzędnikom część swych zysków w zamian za zdradę publicznego interesu, pokusa jest często zbyt duża do odparcia. Jeśli wybrany urzędnik odmówi wzięcia łapówki, grupy specjalnego interesu po prostu finansują jego przeciwnika w następnych wyborach. Niewielu przyzwoitych polityków może utrzymać się wobec takiego nacisku. Wskutek tego, grupy specjalnego interesu faktycznie zawsze wygrywają. Naprawdę, jest to cud, że nasze środowisko nie jest dotychczas całkowicie zdewastowane!

Łatwe wyjście[edytuj]

Rozwiązanie problemu ochrony środowiska można sformułować obserwując zachowania grup specjalnego interesu. Weźmy np. spółki papiernicze, które wycinają amerykańskie lasy państwowe. Amerykańska Służba Leśna (US Forest Service) z naszych podatków buduje tyle samo dróg tartacznych co szlaków turystycznych, tak, że ogromne połacie naszych cennych lasów mogą być zwalone przez spółki papiernicze niskim kosztem i przy jedynie symbolicznym ponownym zalesianiu.

Jednak na terenach, które są ich prywatną własnością, spółki papiernicze nagle stają się zagorzałymi ekologistami. Sadzą drzewa powtórnie, tak że ich własna powierzchnia leśna wzrasta z roku na rok - podczas gdy powierzchnia lasów państwowych się kurczy. Na Południu International Paper aż 30% swych zysków czerpie z rekreacyjnego użytkowania jej lasów.

Czemu jest tak duża różnica pomiędzy tym, jak spółki papiernicze traktują swoją własną ziemię i sposobem, w jaki traktują majątek publiczny? Gdy spółce wolno wycinać las państwowy, ma ona niewielki bodziec do robienia tego w odpowiedzialny i zrównoważony sposób. Zresztą spółka nie ma żadnej gwarancji, że ponownie będzie mieć dostęp do tego samego lasu. Bez prawa własności, długoterminowe planowanie i pielęgnacja lasów nie ma ekonomicznego sensu.

Na odwrót, właściciele zyskują na długofalowym planowaniu, ponieważ będą w końcu zbierać owoce swych konserwacyjnych starań. Jeśli nawet nie chcą oni utrzymywać majątku, sprzedanie go jest bardziej opłacalne, jeśli jest on dobrze pielęgnowany - dotyczy to także lasu.

Pamiętając o tym, możemy zaproponować dwuczęściową strategię ochrony środowiska, która może obrócić chciwość każdej osoby w pragnienie opieki nad Matką Naturą: indywidualne prawo własności środowiska, i osobista odpowiedzialność za szkody wyrządzone majątkowi innych.

Władanie kawałkiem ziemi[edytuj]

Brytyjczycy od dawna uczą nas, jak powstrzymać zanieczyszczenie rzek. Prawa do połowu ryb w brytyjskich potokach i rzekach są dobrami prywatnymi, które mogą być kupowane i sprzedawane. Od zeszłego wieku truciciele są rutynowo ciągani po sądach przez złych właścicieli i zmuszani do naprawienia jakiejkolwiek szkody, jaką mogli wyrządzić. Każdy właściciel na tych rzekach został faktycznie obrońcą środowiska - ponieważ każdy ciągnie z opieki nad środowiskiem zyski.

Łowcy krewetek w Zatoce Meksykańskiej domagali się niegdyś części oceanu jako swego majątku na podstawie tradycyjnej praktyki zagospodarowywania (homesteading). Utworzyli oni dobrowolne stowarzyszenie w celu utrzymywania produktywności wód i unikania rabunkowego połowu - dopóki rząd USA nie przejął obowiązków dozorcy na początku XX wieku.

Tak samo jak rząd USA przejął łowiska, wiele rządów Trzeciego Świata przejęło lasy tropikalne i oddało je grupom specjalnego interesu. Ważnym elementem ochrony tych lasów jest uznanie praw zagospodarowania tubylczej ludności, którą cechowało konsekwentnie zrównoważone użytkowanie. Konserwacjonistyczne publikacje, takie jak „Cultural Survival” uznają, że utrzymanie praw majątkowych rdzennych mieszkańców jest absolutnie kluczowe dla ochrony lasów tropikalnych.

Prywatne prawo własności zachęca do ochrony gatunków narażonych na niebezpieczeństwo. Na przykład Zimbabwe respektuje roszczenia tubylców do słoni na ich terenach. Jak każda inna prywatna własność, słonie i ich produkty mogą być legalnie sprzedawane. W rezultacie tubylcy zazdrośnie chronią swoje cenne słonie przed kłusownikami. Tubylcy mają wszelkie bodźce do hodowania tak wielu słoni jak to możliwe, aby mogli organizować safari i sprzedawać słoniową kość, skóry oraz mięso. W rezultacie populacja słoni wzrosła od 30 tys. do 43 tys. w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Ludzie będą chronić środowisko, jeśli jest ono ich własnością i jeśli mogą ciągnąć z niego zyski.

Odwrotnie, jeżeli paść stada dzikich zwierząt próbują rządy, można przepowiedzieć katastrofę. Na przykład rząd Kenii rości sobie prawo własności do wszystkich słoni i polowania są tam zakazane. Podczas gdy w Zimbabwe stada prosperują, liczba słoni w Kenii zmniejszyła się w ciągu ostatnich dziesięciu lat o 67%.

Środowisko, które jest „niczyje”, cierpi skutki stanu opisanego w 1968 r. przez dr Garretta Hardina jako „tragedia wspólnego”. Ujawnił on, że za majątek, który należy do „każdego”, nikt nie jest odpowiedzialny. Na przykład ryby oceaniczne uznaje się za należące do każdego, kto je złowi; wskutek tego każdy próbuje złowić tak dużo, jak może dziś, przed konkurentem, który będzie łowił jutro. Jeśli ocean byłby zagospodarowany, jak opisane wyżej łowiska krewetek, właściciele mieliby bodziec do zabezpieczenia populacji ryb, która byłaby utrzymywana lub nawet by wzrastała.

Truciciele płacą[edytuj]

Jeśli ktoś zanieczyści lub zniszczy kawałek ziemi będący własnością kogoś innego, powinien to naprawić. W praktyce mogłoby to być tak kosztowne, że truciciel mógłby zbankrutować przez własne niedbalstwo. Jeśli społeczni urzędnicy byliby osobiście odpowiedzialni za rozmyślne akty zanieczyszczenia, mieliby mały interes w zatruwaniu powietrza, ziemi lub wody. Uczynienie trucicieli, nie podatników, odpowiedzialnymi za szkody, jakie wyrządzają, uniemożliwi ciągnięcie zysków z zanieczyszczania. Zakończenie

Sprywatyzowanie środowiska daje właścicielom bodziec do jego ochrony. Uczynienie oczywistym, że truciciele - nie podatnicy - płacą odszkodowania swym ofiarom, odstrasza najlepiej. Możemy ochronić Ziemię robiąc tak, żeby chciwość pracowała dla nas, zamiast przeciwko nam. Co może być bardziej naturalnego?

Ten tekst jest tłumaczeniem ulotki Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Wolności Jednostki (ISIL). Jeśli chcesz otrzymać darmową literaturę nt. działalności ISIL na całym świecie, reklamowy egzemplarz biuletynu Freedom Network News i katalog książek, pisz pod adres: 71034.2711@compuserve.com (snail mail: International Society for Individual Liberty, 836-B Southampton Rd #299, Benicia, CA 94510, USA)

Powyższy tekst ukazał się w „Zielonych Brygadach” nr 48 (6/93).

Kwestie sporne[edytuj]

Aborcja[edytuj]

Argumenty przeciwników[edytuj]

 W systemie libertariańskich wartości „można czynić wszystko, co nie jest krzywdą przeciw innemu człowiekowi” – i do ochrony tych praw ma służyć rząd-minimum, który jest wyłącznie „nocnym stróżem” – stróżem skutecznym, dobrze wywiązującym się z obowiązku obrony każdej istoty ludzkiej. Dlaczegóżby więc ten rząd nie miał bronić ludzi nienarodzonych przed śmiercią ? I ten obowiązek jest przecież oczywisty – dlatego aborcja musi być zakazana prawnie, jak każde inne zabójstwo i morderstwo.

Argumenty zwolenników[edytuj]

Quote-alpha.png
Płód u matki jest wyłącznie gościem, takim samym jak gość, który przychodzi do Ciebie do domu. Innymi słowy jego obecność jest tylko przywilejem, nie obowiązkiem

Dzieci[edytuj]

Za własności rodziców[edytuj]

Rodzic jest wychowankiem i sponsorem dla dziecka, może więc wpływać na jego decyzje choćby z tego względu że nie jest się w stanie samemu utrzymać. Ci spośród libertarian, którzy uznają, że aborcja nie stanowi złamania zasady nieagresji, argumentują na dwa sposoby. (1) Część z nich uznaje, że płód znajdujący się w macicy do momentu x, nie jest jeszcze człowiekiem, wolno go więc zabić/abortować, działanie takie nie ma bowiem charakteru inicjacji przemocy względem człowieka (argument z nieczłowieczeństwa płodu). (2) Część z nich uznaje, że nawet jeśli zgodzimy się, że płód jest człowiekiem, to matka ma prawo pozbyć się go z macicy, gdyż ma prawo dobrowolnie rozporządzać swoim ciałem. Dziecko jest w tym ujęciu niczym nieproszony gość, którego matce wolno wyprosić ze swego brzucha, tak jak mamy prawo wyprosić kogoś, kto przebywa bez naszej zgody w naszym domu lub na naszej działce (argument z prawa matki do jej ciała).

Za za własnością dzieci[edytuj]

Dziecko jest taką samą autonomiczną jednostką jak każda inna, i ma takie same prawo do samoposiadania. Ten drugi pogląd (zwany „eksmisjonizmem”) można próbować podważyć, wskazując, że dziecko nie znalazło się w brzuchu matki bez jej wiedzy/zgody. Przeciwnie, matka zaprosiła dziecko do swego ciała, partycypując w akcie seksualnym, o którym wiedziała, że może zakończyć się zapłodnieniem. Jeśli matka nie chciała mieć dziecka mogła zastosować antykoncepcję (jeśli bałaby się o jej skuteczność mogła zastosować podwójną antykoncepcję lub metody typu wazektomia). W tym ujęciu matka abortująca dziecko zachowuje się nie analogicznie do kogoś, kto wyprasza niechcianego gościa z domu, ale analogicznie do kogoś, kto zaprasza kogoś do udziału we wspólnym locie samolotem, by w połowie drogi stwierdzić, że towarzystwo pasażera przestało mu odpowiadać i zażądać od niego opuszczenia pokładu. Ciąża jest niczym 9-miesięczny lot samolotowy. Jeśli zaprosiłeś dziecko na „pokład swego ciała”, nie masz prawa go z tego ciała wyprosić (chyba, że zagraża to twojemu życiu lub potrafisz zagwarantować, że bez uszczerbku przeżyje aborcję).

Konkluzja[edytuj]

Brak możliwości konsensusu z powodu konfliktu interesów. Zwolennikowi zależy na przestrzeganiu prawa własności, przeciwnikowi paktu nieagresji (NAP) który powstał z konfliktu wewnętrznego, gdzie przypisuje się własność ciała zarówno matki jak i dziecka na równym poziomie, Konflikt zostałby rozwiązany, gdyby prawo własności było skalowane, ale nie jest to możliwe. Podobnie jak z pozostałymi aksjomatami, także NAPu. O stopniu ich naruszenia decydują interesy grup.

Kara śmierci[edytuj]

Argumenty zwolenników[edytuj]

Kara odzwierciedla to, co uczynił sprawca. Za dany czyn przekraczający granicę wolności drugiego człowieka, czyni się to samo. Powstrzymuje to od dłuższego utrzymywania w więzieniach ludzi, którzy mogą dalej zagrażać wolności innym ludziom po opuszczeniu placówki więzienia. Kara przestrzega przed dalszym zagrażaniem wolności innych obywateli. Powinna posługiwać zasada proporcjonalności: za śmierć jednego człowieka trzeba odpłacić śmiercią przestępcy.

Argumenty przeciwników[edytuj]

Kara śmierci to łamanie trzeciego aksjomatu o nieagresji, wobec drugiego człowieka. Według etyki libertariańskiej nie można w żaden sposób ingerować w wolność człowieka. Czy jest to interwencja autystyczna, binarna, czy triangularna jest sprzeczna z wolnością. Jest to jawne dokonywanie mordu na osobie popełniającej podobny czyn i łamanie NAP-u. Takim zachowaniem pokazujemy, że utożsamiamy się z tym przestępstwem - możemy czynić to samo, usprawiedliwiając agresję, która zawsze jest zła. Jest ona również ekonomicznie droższa niż zwykłe środki prewencji. W libertariańskim systemie lepiej sprawdziłby się system więzień, gdzie skazany może pracą dla właściciela więzienia wieloletnie odpracować swoje winy i jednocześnie zresocjalizować się, by tworzyć nowe, lepsze społeczeństwo. Rodzina ofiary powinna decydować o karze, jaką udzieli sprawcy (inną niż śmierć, bo ona jest niemoralna).

Własność intelektualna[edytuj]

Anarchokapitalizm[edytuj]

Anarchokapitaliści sprzeciwiają się istnieniu własności intelektualnej nawet w minimalnym stopniu, ideologiczna rama wymaga, aby wszystkie funkcje IP powinny być egzekwowane przez instytucje sektora prywatnego.

Murray Rothbard twierdzi, za umożliwienie umownie wynikające nieograniczone prawo autorskie i przeciw konieczności jakiejkolwiek roli rządu w ochronę własności intelektualnej. Twierdzi, że zaangażowanie rządu w definiowaniu arbitralnych ograniczeń czasu trwania, zakresu itp. ograniczeń własności intelektualnej w celu "wspieraniu rozwoju nauki "jest z natury problematyczne, ponieważ skąd wiadomo, że wydatki na badania są "zbyt wielkie", "za małe", lub po prostu w sam raz? Twierdzi on, że prawa własności intelektualnej mogą faktycznie utrudniać innowacje, ponieważ konkurenci mogą być w nieskończoność zniechęcani do dalszych nakładów badawczych w ogólnym obszarze objętym patentem, gdyż sądy mogą otrzymać ulepszenia co do naruszeń w poprzednim patencie, a właściciel patentu nie jest zalecane z angażowanie się w dalszych badań w tej dziedzinie, ponieważ przywilej zniechęca jego poprawę swojego wynalazku na cały okres obowiązywania patentu, z zapewnieniem, że żaden konkurent nie może go wykorzystać do własnych celów.

Morris i Linda Tannehill zaproponowali pomysł w postaci wynalazków, które może być zarejestrowane w prywatnym "banku danych"; wynalazca może następnie kupić ubezpieczenie przed kradzieżą i nieautoryzowanym dostępem do komercyjnego wykorzystania wynalazku, a firma ubezpieczeniowa gwarantowałaby nie tylko zrekompensować wynalazcy za jakiekolwiek straty poniesione w wyniku takiego naruszenia, lecz do zaprzestania do dalszego nieuprawnionego użycia.

Z przeciwników praw własności intelektualnej można zaliczyć Wendy McElroy, Tom G. Palmer, Henri Lepage, Boudewijn Bouckaert, Jeffrey Tucker, i N. Stephan Kinsella. Kinsell wskazuje sprzeciw IP, że mogą być nieskuteczne ponieważ w wykorzystaniu zasobów z badań i rozwoju w celu zgłoszenia i pozwów patentowych. Zauważa, że badania teoretyczne nie mogą być opatentowane tak łatwo, jak w praktyce badania teoretyczne i badania są w ten sposób jest stosunkowo niedofinansowane przez marnowanie pieniędzy na pozwy. Co więcej, twierdzi on, że prawa własności mogą mieć zastosowanie jedynie do środków, które są rzadkie (skończone), a IP nią nie jest. Kinsell twierdzi również że prawa własności intelektualnej mogą być egzekwowane jedynie poprzez ograniczenie innych do własności fizycznych.

David Friedman zajmuje neutralne stanowisko w sprawie własności intelektualnej, twierdząc, że "istnieją dobre argumenty po obu stronach tej kwestii".

Część libertarian (nazwijmy ich za Wojeciechem Pietrzakiem – infopropertarianami) uważa jednakże, że w ładzie libertariańskim istnieje miejsce dla własności intelektualnej. Zasadność jej istnienia uzasadnia się na dwa sposoby – bądź ekonomicznie, bądź moralnie. Ponieważ uzasadnienie ekonomiczne (wskazujące, że brak własności intelektualnej, oznaczać mógłby zmniejszenie ilości produkowanych informacji w wyniku działania efektu gapowicza) jest z libertariańskiego punktu widzenia nieprawomocne (nie wolno łamać praw jednych, by polepszyć sytuację finansową innych), libertarianie chcący argumentować na rzecz prawa własności intelektualnej muszą dowodzić, że stworzenie informacji daje jej twórcy moralne prawo do kontrolowania własności innych.

Lewicowy libertarianizm[edytuj]

Roderick T. Długi twierdzi, że pojęcie własności intelektualnej nie jest wolnościowe. Stwierdził, że zakazanie ludziom używania, powielania i handlu materiałów chronionych prawem autorskim stanowi naruszenie wolności słowa i wolności prasy, i że od informacji daje nieuprawniony dostęp do grzebania w umysłach ludzi i mienia innych ludzi, nie można mieć własnej informacji bez posiadania innych ludzi. Twierdzenie, że autorzy i wydawcy nadal będzie produkować nieobecnego ochrony praw autorskich, przytacza fakt, że setki tysięcy artykułów są przesyłane na Internet przez ich autorów na co dzień, dostępne dla każdego na świecie za darmo i że prawie wszystkie prace pisemne przed 20 wieku są w domenie publicznej, ale prace sprzed 1900 wciąż są publikowane i sprzedawane.

Benjamin Tucker, przeciwstawiając własności intelektualnej, pisze: "... monopolu patentowego ... polega na ochronie wynalazców ... przed konkurencją na okres wystarczająco długi, aby wyłudzić od ludu nagrodę ogromnie powyżej środka pracy swoich usług ,. - innymi słowy, dając niektórym ludziom prawa własności na okres lat w prawa i faktów natury, oraz o siłę do dokładnego hołd od innych do korzystania z tego naturalnego bogactwa, które powinny być otwarte dla wszystkich "

Obiektywizm[edytuj]

Ayn Rand, twórca obiektywizmu, wspierany prawa autorskie i patenty, odnotowując w Capitalism: The Unknown Ideal:

"Patenty i prawa autorskie należą do realizacji prawną podstawą wszystkich praw własności: prawa człowieka do produktu jego umysłu. Każdy rodzaj pracy produkcyjnej obejmuje połączenie psychicznego i fizycznego wysiłku: myśli i działania fizycznego przetłumaczyć tę myśl w formie materialnej. Proporcje tych dwóch elementów może być różny w różnych rodzajach pracy. Na najniższym końca skali, wysiłku psychicznego wymagane do wykonywania pracy fizycznej niewykwalifikowanych jest minimalne. Na drugim końcu, co patentu i praw autorskich prawa uznają to najważniejsza rola wysiłku umysłowego w produkcji wartości materialnych; te prawa chronić wkład umysłu w jego najczystszej formie powstaniem idei. Przedmiotem patentów i praw autorskich jest własność intelektualna. ... Tak więc ustawa ustanawia prawo właściwość umysłu do tego, co przyniósł w istnieniu. "

Podniosła, że patent ten powinien być wykorzystywany wyłącznie w ograniczonym zakresie: "Gdyby to odbywa się w sposób ciągły, prowadziłoby to przeciwieństwo samej zasady, na których się opiera: prowadziłoby to, aby nie zapracowanej nagrody osiągnięcia, ale niezrealizowanych wsparcia pasożytnictwa. To staje się kumulują zastawu na produkcji nienarodzonych pokoleń, które ostatecznie ich sparaliżować. Zastanów się, co by się stało, gdyby w produkcji samochodu, musieliśmy zapłacić tantiemy dla potomków wszystkich twórców biorących udział, począwszy od wynalazcy koła i na górę. Oprócz braku możliwości przechowywania takich zapisów, za przypadkowe status takich potomków i nierealność ich niezapłaconych wierzytelności.

Infoanarchizm[edytuj]

Kolejny ważny libertariański spór dotyczy podejścia do własności intelektualnej. Infoanarchiści odrzucają ideę własności intelektualnej. Wskazują, że jest ona nie do pogodzenia z fundamentalnym dla liberarianizmu przekonaniem, że ktoś, kto prawomocnie wszedł w posiadanie jakiejś własności, ma prawo robić z tą własnością, co tylko mu się podoba (o ile nie narusza prawa innych do dowolnego zarządzania ich własnością). Przykładowo, jeśli jestem właścicielem komputera, drukarki i papieru, mam prawo drukować za ich pomocą, co tylko mi się podoba (a więc także twórczość innych osób), i sprzedawać wydrukowane materiały, gdyż działając w ten sposób, nie uniemożliwiam nikomu sprawowania pełnej kontroli nad jego własnością. Gdy rozpowszechniam twoją twórczość, nie okradam cię, ponieważ nie tracisz żadnego z materialnych dóbr, których jesteś właścicielem. Infoanarchiści uznają, że każdy ma prawo kopiować i rozpowszechniać dowolną informację, o ile dobrowolnie nie zobowiązał się, że nie będzie tego robił.

Konkluzja[edytuj]

Zapytać można, dlaczego, mimo że infoanarchizm w tak oczywisty sposób wypływa z zasad libertariańskich, znajduje nadal zwolenników wśród libertarian? Odpowiedź jest prosta: konflikt interesów. Teoretycy libertarianizmu to osoby, które utrzymują się z publikacji tekstów. Infoanarchista, by zachować spójność między swymi ideami a działaniami, musiałby zaprzestać publikowania chronionych prawami autorskimi tekstów. To mogłoby obniżyć jego zyski (jeśli nie stworzyłby on infoanarchistycznego modelu zarabiania na produkcji informacji). Póki głoszenie libertarianizmu nie wiąże się z realnymi kosztami, teoretyk libertarianizmu zachowuje radykalizm. Gdy radykalizm może oznaczać zmniejszenie wpływów, wycofuje się na bardziej umiarkowane pozycje. Dodajmy, że część libertariańskich teoretyków wyznaje infoanarchizm w teorii, w praktyce jednakże ignoruje jego wskazaniu, publikując teksty chronione prawami autorskimi znaczeniu. Trudno ocenić, która postawa jest gorsza: naginanie teorii, by usprawiedliwiała nasze grzechy, czy grzeszenie mimo właściwej teorii grzechu.

Migracje[edytuj]

Argumenty zwolenników[edytuj]

Zwolennicy otwartych granic (jest to niefortunne określenie, problem nie dotyczy bowiem granic) argumentują w następujący sposób:
(1) państwo jest instytucją nieprawomocną, w związku z czym jego roszczenia do zarządzania terenami państwowymi są nieuzasadnione,
(2) tereny państwowe są niczyje i każdy ma prawo je zawłaszczyć (przebywać na nich),
(3) imigranci, który osiedlają się (przebywają) na terenach państwowych, mają takie same prawo zawłaszczyć te tereny (przebywać nań), jakie mieliby obywatele tego państwa, gdyby ono na to zezwoliło,
(4) żądanie od państwa, by nie wpuszczało imigrantów, jest żądaniem łamania zasady nieagresji względem imigrantów.
Lub, by ująć tą samą sprawę prościej: imigranci mają takie samo prawo do terenów bezprawnie kontrolowanych przez państwo jak nieimigranci (podział na imigrantów/nieimigrantów jest nielibertariański, arbitralny, nieprawomocny).

Argumenty przeciwników[edytuj]

Libertariański argument przeciw otwartym granicom – w swojej najlepszej wersji – wygląda w następujący sposób:
(1) państwo jest instytucją nieprawomocną, która rości sobie prawo do zarządzania obszarem danego kraju,
(2) gdyby państwo nie istniało (lub gdyby istniało państwo minimalne), tereny, które ono kontroluje, mogłyby zostać zawłaszczone przez aktualnych mieszkańców danego kraju,
(3) rdzenni mieszkańcy mają prawo zawłaszczyć te tereny przed innymi osobami, są oni pierwsi-w-kolejce-do-zawłaszczenia,
(4) państwo nie ma prawa oddać tych terenów imigrantom, gdyż w kolejce do zawłaszczania zajmują oni miejsce za rdzennymi mieszkańcami danego kraju. Lub, by ująć tą samą sprawę prościej: państwo nie ma prawa oddawać terenów państwowych osobom z zewnątrz, gdyż tereny te należą się rdzennym mieszkańcom, którzy czekają na możliwość ich zawłaszczenia. Osoby z zewnątrz mają prawo wyłącznie do tych terenów, które pozostaną po zawłaszczeniu przez rdzennych mieszkańców (Jest to istotne w wypadku większych krajów, np. Rosji czy USA. W wypadku kraju wielkości Polski można zakładać, że wszystkie tereny państwowe należą się jej rdzennym mieszkańcom).